RSS
środa, 16 lutego 2011
uściślijmy

Ponieważ dostałam dzisiaj sygnał, że znajomi ręce załamują nad ostatnim wpisem, uściślę: wciąż jestem w związku. Jest... różnie. Ale chyba oboje się trochę bardziej staramy. No i oboje nie możemy się doczekać Salvadoru :))
Ale co będzie, to będzie. Nie nastawiam się na nic. Tylko tu i teraz.

11:51, animal.teimoso
Link Komentarze (3) »
piątek, 14 stycznia 2011
porażka

Mam poczucie ogromnej porażki.
Nie wiem, być może mogłam (mogę, bo przecież formalnie nic nie zostało zakończone) zrobić więcej, godzić się na więcej, zmienić swoje postępowanie, przestać wymagać, ale już nie mogę. Już nie daję rady. Za półtora miesiąca wyjeżdżam do Brazylii (sama) i nie cieszę się, bo Chłopak zrobił mi awanturę, że jadę, że nie dbam o NASZ rozwój, tylko o swój, że jestem samolubem, że to, że tamto. Że on nie jedzie. Bo te wszystkie zegarki i komórki to są mu niezbędne i dlaczego w zasadzie to JA mu ich nie kupuję. Że te prezenty urodzinowe, świąteczne, to oprócz jednej kurtki, którą kupiła mu moja mama, to w zasadzie reszta mu niepotrzebna, bo w sumie miał i tak naprawdę to wolałby co innego. I że nie mam mu co mówić, że TYYYYLE dla niego robię, bo to, co robię to przecież normalna sprawa i nie ma co się zżymać. On BY ROBIŁ dokładnie to samo. A to, że gdy poprosiłam o masaż, bo miałam ciężki trening, no to przecież nie mógł zrobić, bo miał MEGA ważne rzeczy w komputerze do popatrzenia, prawda, i czemu w sumie o drugiej w nocy nie chciałam, wyrwana z głębokiego snu przed ciężkim poniedziałkiem. I czemu się wściekam, no czemu.
Rzuciłam słuchawką.
Więc nie wiem. Być może faktycznie powinnam więcej i bardziej. Być może on też powinien cośtam. Ale prawda jest taka, że po prostu do siebie nie pasujemy. Bo mogłabym robić milion razy więcej, a i tak byłoby mało. Tak czuję. On potrzebuje kogoś innego. Ja potrzebuję kogoś innego.
Więc dlaczego jeszcze nie zadzwoniłam i nie powiedziałam koniec tego dobrego?
Strasznie się wstydzę. Mam poczucie koszmarnej porażki. Widzę zawód w oczach mamy, która już się pogodziła z ew. wnukami o wełnistych włosach. Widzę żal w oczach ojca i jego żony. Jej słowa o moich błyszczących oczach, kiedy byłam taka szczęśliwa w lipcu i że znowu chciałaby zobaczyć. Pamiętam wigilijny uścisk ciotki, która tak strasznie chce, żeby jej dzieci, też te przyszywane, w końcu się ustatkowały.
Paradoksalnie wstydzę się też tego, że tak długo to ciągnę. Że okazuję się kolejną desperatką, która w imię jakiejś głupiej nadziei wciąż daje się poniżać i upokarzać. Sama się sobą brzydzę. Jestem za miękka na twarde cięcia.
Teraz cierpię. Ale potem będzie jeszcze gorzej. (A może lepiej, nie wiem.) Będę sobie przypominać te fajne momenty, te miłe chwile, moje wszystkie nadzieje niespełnione. Będę to robić jeszcze bardziej i mocniej i częściej, niż teraz. Znowu będę patrzeć na te wszystkie pary szczęśliwe i myśleć, że ZNOWU mi się nie udało. I że chyba już nigdy.
Jest mi strasznie smutno. I przykro. I wstyd. I żal.
A Chłopak mówi, że nie mogę tego po sobie pokazywać, bo to oznaka słabości. Noż kurwa!

08:30, animal.teimoso
Link Komentarze (13) »
piątek, 10 grudnia 2010
neve

A jeszcze! Bo na pewno jesteście ciekawi :D
Chłopak nie lubi zimna, ale uwielbia śnieg. Okropnie podoba mu się biały świat i całkowita odmiana okolicy :))
Dzisiaj powiedziałam mu, że nie należy jeść żółtego śniegu - bardzo się ucieszył :))

21:32, animal.teimoso
Link Komentarze (6) »
jesteśmy

No co ja poradzę, że nie piszę, zawalona jestem.

Wśród nas dwojga, nos dois, niewiele się zmienia: wciąż się żremy na potęgę, ale za to godzimy się gorąco. Uczę się powoli, że nie wszystkie uczucia i spory od razu oznaczają koniec, fim, the end. Chłopak za to powoli przyzwyczaja się do emocjonalnych bombek atomowych - moja brazylijska ksywa, apelido - Corracao - jest bardzo adekwatna: co w środku, to od razu na zewnątrz.. Chłopak już umie sobie z tym nieźle radzić, choć jak sam ma zły nastrój to nie ma na to siły i wcale mu się nie dziwię.
Ale się kręci. Się przyzwyczajamy. Kurka, zdecydowanie wyszłam z wprawy w byciu z kimś..

Dzisiaj byliśmy znowu w konsulacie - wiza się kończy. Okazuje się, że jak się wie co, jak i kiedy zrobić, załatwienie wizy na Ukrainę trwa trzy godziny. Trzeba tylko z pokorą przyjąc zjebę od konsula za nieznajomość języków, kłamanie i brak kopii niektórych sokumentów :/ Stresująca rzecz, ale do zrobienia. (Dlatego lepiej iść do Pani Konsul Po Prawej, niż do Pana Konsula Po Lewej. Pan Konsul niby młody i przystojny, ale srogi :/)
W przyszłym tygodniu czeka nas znowu wycieczka do Lwowa, tym razem bez zwiedzania.
A za dwa tygodnie może razem spędzimy święta. Fajnie by było, żeby poznał moją pokręconą rodzinę i Drugą Rodzinę w komplecie :))

13:42, animal.teimoso
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 listopada 2010
JEST JAK JEST

Nie miałam czasu pisać.
Ale.
Działo się.
Na wyjeździe sprzed dwóch tygodni, co to miał być resetem, reset zaliczyłam, ale w postaci spazmów. Nie tak miało to wyglądać.
Następnego dnia (poniedziałek) w wyniku rozmowy stwierdziłam, że pierdolę. Mam dość, skoro tak mają wyglądać rozmowy, to ja się wypisuję, pierdolę, nie dzwonię, czekam aż przyjedzie, bo przez telefon zrywać nie wypada.
W czwartek wieczorem zadzwonił z rody (a więc można znaleźć pięć minut w ciągu dnia, nawet jeśli się jest zajętym) Z PRETENSJAMI, że nie dzwonię.
Wszystko mi opadło.
Ale też zobaczyłam, że zyskałam jakąś przewagę. Całkiem nieumyślnie potraktowałam go tak, jak on traktował mnie i chyba coś dotarło do tego zakutego łba, cabeça dura.
W piątek zadzwonił z rana i NORMALNIE rozmawialiśmy. A potem zadzwonił jeszcze wieczorem. I znowu normalnie. W sobotę rano znowu.
A wieczorem przyjechał.
(Prosto na dziewczyński sabat na moim łóżku, ale co tam.)
Porozmawialiśmy, rozmawialiśmy cały długi łykend, w międzyczasie jeżdżąc na zakupy, oglądając filmy i gotując feijoadę. Ja przez ten poprzedni tydzień zyskałam to, co chciałam, czyli dystans. Paradoksalnie przez to, że wyobraziłam sobie, że rozstanie wcale nie byłoby takie straszne, dałam nam szansę. W każdej chwili mogę się przecież z tego wymiksować i świat się nie zawali. Dystans sprawił, że już nie panikuję, kiedy nie dzwoni. Za to on zaczął dzwonić. I w końcu jest jakaś komunikacja: wiem co się dzieje, wiem co robi. Ale tak w ramach normy, nie?

Złapałam się na tym, że strasznie przejmuję się tym, jak inni oceniają mój związek. Wiem, że dziewczyny za nim nie przepadają, głównie przez moje skargi na niego. Się nie dziwię, sama bym za nim nie przepadała.
Zaczęłam się też zastanawiać, jak to jest z tymi związkami. Czy przypadkiem sama własnego nie oceniam zbyt surowo? Bo przecież nie mam doświadczenia - niby skąd. Najdłuższy mój związek trwał 2,5 roku w LO. Potem - różnie. Zawsze się kończyło z różnych przyczyn. Wzorca nie mam żadnego, bo samotny rodzic. Cała moja wiedza na temat związków bierze się z książek, filmów, opowieści, blogów, ba, z fejsdupy. I potem biorę sobie te wszystkie historie, wybrane kawałki, bo przecież mało kto pokazuje szare tło, tylko kolorowe skrawki, i wydaje mi się, że taka jest rzeczywistość, że tak to wygląda. Więc basta. Buduję swoje. Pospolite czarno-białe.

Sztorm na razie minął.

22:53, animal.teimoso
Link Komentarze (8) »
środa, 27 października 2010
sem esperanca

Doszedł nowy argument:
- Nie jesteśmy małżeństwem, więc nic nie muszę dla ciebie robić!

Usłyszałam to już dwa razy, za każdym razem szczęka mi opadła i zabrakło mi słów. Z nadmiaru kontrargumentów. Bo przecież to nie ja wciąż żądam (wierzcie, to nie są prośby..) załatwiania spraw zegarka, przynoszenia płyt (bo przecież mam za darmo), kupowania różnorodnych zabawek w internecie (to nie zabawki, to rzeczy NIEZBĘDNE do mojej pracy!) Ja tylko chciałam widywać swojego chłopaka w łykendy. Chciałam coś próbować budować. Ale to nie ja już w styczniu zeszłego roku wyraziłam chęć ożenku um dia.
Brakuje mi słów z powodu żalu, smutku, zimnej wściekłości, poczucia porażki i tego strasznego słowa na niepokocho. Nie znam też słów, które byłyby w stanie mnie przekonać, że warto to dalej ciągnąć. To nie jest facet dla mnie i najwyraźniej ja nie jestem kobietą dla niego. Tak czuję.
W tym tygodniu wszystko się rozstrzygnie.

11:30, animal.teimoso
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 października 2010
ŻE NIBY UPDATE

Że niby, bo tak naprawdę niewiele się zmieniło.

Chłopak wciąż w Katowitzen. Wciąż niemiłosiernie się kłócimy.

Odpuściłabym, gdyby wykazywał jakąkolwiek wolę i chęć spotkania ze mną. Rozumiem - z całego serca rozumiem! - że to dla niego szansa i wcale nie chcę, żeby mieszkał non stop wewawie (znaczy chcę, ale rozumiem, że bez pracy to słabo tak, więc odpuszczam). Ale dla niego przyjazd na łykend to wyzwanie, a ja tam nie mam czego szukać, bo on zajęty no i jak ja będę mieszkać z czwórką chłopa w kawalerce.
Całkiem jakby to był obóz pracy na drugim końcu świata, a nie capoeira w Katowicach i okolicach, mniej niż trzy godziny pociągiem z Wawy..

Jestem sfrustrowana i zmęczona. Mam poczucie opuszczenia i małoważności. I że potrzebna jestem tylko do załatwiania spraw.

Robię przerwę. Nie dzwonię, nie piszę. Nie tęsknię. Muszę złapać dystans, spojrzeć trochę z daleka. Pozbyć się trochę marzeń-wyobrażeń. Może zatrybi. A może nie.

(Jak mi ktoś zacznie wciskać, że to Brazylijczyk i że inna kultura i inne bzdury to pacnę.)

15:03, animal.teimoso
Link Komentarze (15) »
czwartek, 07 października 2010
NO DOBRA

Trochę się poprawiło. Ale wciąż widzę pewne dość podstawowe problemy, podstawowe różnice nawet nie w poglądach, ale w postrzeganiu świata.
Nicto.
Uzbrajam się w cierpliwość.

12:40, animal.teimoso
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 04 października 2010
SZCZERZE?
Słabo to widzę.
23:10, animal.teimoso
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 27 września 2010
TYLKO WE LWOWIE

Wbrew milczeniu - wyprawa zakończyła się sukcesem. W stronę TAM jedynie pan celnik poprosił nas do okienka, żeby się upewnić, czy aby na pewno Chłopak nie ma zamiaru szukać pracy u nich. Byłam tak zaspana, że nawet nie zdążyłam się przestraszyć. W stronę TU jedynie staliśmy pięć godzin na granicy ze względu na bardzo dokładną kontrolę. Obeszło mnie to tyle, co zeszłoroczny śnieg, bo posiadam umiejętność spania w każdych warunkach. Żałowałam tylko, że nie mam opaski na oczy, bo czasem przeszkadzały mi światła. Chłopak za to spać nie mógł i zabawiał się wtykaniem mi palców do paszczy, bo spałam klasycznie na popielniczkę. W domu byliśmy o 7.30, Chłopak padł i wstał dopiero o 14.30, a ja byłam jak skowronek.

Lwów jako miasto bardzo przyjemny, choć całość pobytu zepsuła mi (i chyba nie tylko mi) gigantyczna kłótnia oraz ogólny wkurw i obustronny foch. Ale to nieważne, bo my tu nie o tym, my tu o praktycznych informacjach.
Faktycznie jest tak, że łatwo można się niemal ze wszystkimi dogadać po polsku. Bilety powrotne kupić można od razu na dworcu autobusowym - i warto to zrobić zaraz po wymienieniu złotówek na hrywny (nie ma z tym problemu, kantor też jest na dworcu). Bilet kosztuje coś koło 220hr, czyli po przeliczeniu mniej więcej tyle samo, co u nas. Poza tym - taniiiiizna.

I w zasadzie to tyle. Cel, czyli pieczątka, został osiągnięty. Co będzie dalej - nie wiem, ale mamy trzy miesiące czasu.
Pod warunkiem, że się wcześniej nie pozabijamy :P


12:07, animal.teimoso
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2